- eseje (4)
- języki obce (3)
- poezja (9)
- poradniki (19)
- proza (54)
- filozofia (4)
- marketing (2)
- kultura (5)
- pedagogika (4)
- zarządzanie (7)
- technika (2)
- dzieci (10)
- pisanie (7)
- religia (2)
- AUDIOBOOKI (29)
- miłość i seks (8)
- KURSY (15)
- bajki (3)
- Satyra i humor (2)
- Gra erotic dreams (2)
- Czytam (4)
- dramat (1)
- polityka (2)
- reportaż (1)
- lektury za złotówkę (34)
- podróże (1)
- popularyzacja nauki (1)

zobacz
Dożywotka
Krzysztof Urban
"Dożywotka" zaciekawia od pierwszych stron i do końca czyta się ją z niesłabnącym zainteresowaniem. Fascynuje społeczną "egzotyką" tematu, żywą kreacją młodego bohatera, jego stopniową transformacją i przede wszystkim ekspresją języka, który twórczo współgra ze światem przedstawionym.
Fakt, że kanwą tej opowieści są losy młodego człowieka, zagubionego w świecie etycznego bałaganu lat osiemdziesiątych w PRL-u i za drobne kradzieże skazanego na trzyletni pobyt w zakładzie zamkniętym, z pewnością stanowi duży walor książki utrzymanej w stylistyce bezpośredniej relacji z wydarzeń więziennych i z obozu pracy.
Wielką zasługą autora jest takie pokierowanie duchowym rozwojem bohatera, że właśnie w miejscu najgłębszej ludzkiej degradacji i dezintegracji osobowości, potrafił on odnaleźć własną tożsamość, otrząsnąć się z bezmyślności i świadomie zaprojektować zręby własnej przyszłości. Jego język - w miarę nabierania dystansu do samego siebie - też się rozbudowuje, wzbogaca, z uproszczonej, standardowej grypsery przemienia się w soczystą, jędrną i niebanalną polszczyznę.
Wprowadzenie:
Książka rodziła się powoli. Prawa rządzące fikcją literacką nadały jej wprawdzie formę, a przecież nie stała się przez to powieścią - takie odnoszę wrażenie. Zbyt wiele tu faktów. Nie mogłem też jej uznać za reportaż, choć zbudowałem ją na wspomnieniach płynących na żywo, opowiadanych w przypływie szczerości przez - nieżyjącego już - szkolnego kolegę, który na początku lat osiemdziesiątych został osadzony w Ośrodku Zewnętrznym Zakładu Karnego, mieszczącym się na obrzeżach jednego z peerelowskich pegeerów.
Takich miejsc było wówczas - o czym mało kto wiedział - sporo. Realia związane z życiem i pracą młodocianych przestępców - zimno, brud, brak opieki lekarskiej, a zwłaszcza niewyobrażalny głód - były dla mnie wielkim zaskoczeniem, podobnie jak warunki egzystencji zwierząt, o których przyjaciel opowiadał ze smutkiem (do tej chwili dźwięczy mi w uszach jego łamiący się głos).
Pewnego dnia postanowiłem spisać zapamiętane szczegóły ze zwierzeń przyjaciela, by potem systematycznie, po każdej kolejnej rozmowie, zacząć robić notatki. Gdy wreszcie przeczytałem zebrany materiał, odczułem, że nie ma w nim duszy, że brakuje mu czegoś istotnego, co przykuwało moją uwagę w relacjach słuchanych na żywo.
Wpadłem na zbawienny pomysł, by skorzystać z magnetofonu. Słuchanie nagrań uświadomiło mi, że równorzędnym bohaterem wspomnień przyjaciela był język, którym opowiadał swą historię - nie język pięknoducha ślizgający się po powierzchni zjawisk, lecz wnikający w esencję język człowieka zmagającego się ze swym losem. Trzeba było więc, słuchając nagrań, nauczyć się oddychać i czuć w tym języku, by odtworzyć czas i miejsce tak odmienne i dalekie, a zarazem tak bliskie.
Język jest wielką zaletą tej powieści, gdyż wprowadza nas w zupełnie odmienny świat ludzkich doświadczeń. Świat, którego już nie ma.
Spis treści:
Wprowadzenie
SANKCJA
POWITANIE
PRZYDZIAŁ
GRYPSOWANIE
SMOLARZ
SIANO
JESIEŃ
OBORY
KONIE
JABŁKOWIN
DO DOMU
Fragment:
Nie tylko ja byłem zdziwiony. Oczekiwaliśmy wielkiego muru, kogutów, a tutaj jak u Pana Boga za piecem. Na środku placu kwietnik, asfaltowe alejki, niewielkie domki jak dla dużych krasnoludków i wszędzie rozkwitająca zieleń. Całą grupą poszliśmy do podłużnego budynku. Weszliśmy do środku, a tutaj następna niespodzianka. Telewizor, gry, stoliki i krzesła. Nie wiedziałem, czy jestem na kolonijnej stołówce, czy w więzieniu. Nikt nas nie pilnował, niczego nie kazał. Porozsiadaliśmy się na krzesłach i czekaliśmy, co będzie dalej.
Czas mijał. Nikt po nas nie przychodził. Chciało mi się jarać, ale wszędzie wisiały tabliczki zabraniające palenia. Nie chciałem ryzykować i narażać się na mordobicie: gdyby tak któryś z tutejszych mądrali przypalił mnie na gorącym, zaraz byłaby poruta. Nie liczyłem na to, że tutejsi klawisze są łagodni. Wszędzie byli tacy sami. Nie rozumiałem, dlaczego strażnicy ciągle uprzykrzali innym życie. Nie spotkałem klawisza, który przyłapałby złodzieja na łamaniu regulaminu i nie skorzystał z okazji, żeby mu dokopać.
Łaziłem koło okien i popatrywałem na zewnątrz. Cisza i spokój. Za bramą przetaczała się leniwie furmanka, na której siedział złodziej i poganiał konia. Zachodziło słońce. ?Co to jest?" - myślałem. ?To miał być ponury kryminał?" Niczego nie rozumiałem, ale cieszyłem się jak dziecko. Zamknięty w lodówie przez cały dzień myślałem, że nic dobrego mnie nie spotka. Teraz patrzyłem na łagodne zbocza górskie, na domki ze szpiczastymi dachami i myślałem, że życie nie jest takie najgorsze. Raz jest lepiej, innym razem gorzej ale ogólnie idzie żyć. Najprzyjemniejsza z tego wszystkiego było gapienie się w przestrzeń. Czułem się tak, jakbym wypił szklankę wina. Ostatnio oglądałem tylko ściany małych cel, a na spacerach, jak chciałem wyjrzeć na świat, gały rozbijały się o mur. Na wolności też nie było jakoś okazji, żeby tak stanąć, zastanowić się i popatrzeć. Ciągle tylko knajpy, kawiarnie, chętne panienki. Życie jak na karuzeli: co chwilę w tym samym miejscu i kupa bzdurnego chachania.














